W folderze Dni Fantastyki znajdzie sie w tym roku opowiadanie bestsellerowego autora horrów wydawanych w Polsce na początku lat 90-tych – Guya N.Smitha
Poniżej prezentujemy fragment – Zobaczymy się sobotniej nocy.
(..)
O dziewiątej wieczorem Jerry wciskał pedał gazu, aby podjechać stromą szosą, która opadała następnie w stronę Cefyn Einon. Samochód jechał ciężko, może Floyd nie wykonał należytej roboty. Zostały jeszcze niecałe niż dwie mile do celu więc jeśli dojdzie do najgorszego, przespaceruje się przez resztę drogi.
Było wilgotno, zdawał sobie sprawę z odoru własnego ciała. Niebo pokrywało się chmurami od czasu popołudnia, a teraz była żółtawy odcień w nadciągających burzowych obłokach. Zmierzch nadszedł wcześnie. Jerry mignął światłami postojowymi. Burza rozpęta się niebawem. Nienawidził burz, przerażały go.
Po prawej stronie jodłowy lasek wyglądał mrocznie i złowrogo. Zadrżał, gdy pomyślał o historii, którą przeczytał ostatniej nocy w komiksie, o posępnym lesie, w którym schroniło się zło. Był taki jak ten. Miejscowi nazywali go Lasem Kapitana. Legenda sięgała ostatniego stulecia, gdy stary żeglarz kupił go i osiadł w Cefyn Einon. Po śmierci mieszkańcy pochowali go pomiędzy drzewami. Na pewno nie było legalne, pogrzebać kogoś w niepoświęconej ziemi, tyle nawet Jerry wiedział. Ale uszło im to na sucho. Tuż przed wejściem do lasu znajdował się grób, ktoś się nim opiekował i kosą pościnał trawę wokół niego. Nagrobek i tablica stały się atrakcją turystyczną, wspominano o nich w lokalnym przewodniku, więc ludzie przyjeżdżali tutaj latem, by go zobaczyć. Jerry zaśmiał się, przypuszczalnie nie było tam nawet ciała, mieszkańcy miasteczka wszystko zmyślili, aby nakłonić przyjezdnych do zakupów w swoich sklepach. Van dotarł na szczyt, silnik odzyskał siły przy zjeździe w dół prowadzącym do Cefyn Einon.
W Cefyn Einon odbywał się karnawałowy weekend. Transparenty i flagi rozciągały się wzdłuż całej, wąskiej ulicy głównej, a chodniki usłane już były śmieciami. Kiedy Jerry znalazł miejsce do zaparkowania, usłyszał dźwięki muzyki dochodzące z otwartej przestrzeni, w której przybyły jarmark rozwijał się na dobre; duże namioty, karuzele, pokazy, nagrody – jeśli miałeś szczęście ustrzelić plastikową kaczuszkę. Lecz tej nocy nic go nie interesowało.
Atmosfera była ciężka od zapachu waty cukrowej, piwa i smażonego tłuszczu. Jerry był spięty, nawet wystraszony. Daremny trud, Isabel nie wybierała się na randkę z nim, przychodziła, tak jak wszyscy inni, bo była karnawałi. Odegnał od siebie złe przeczucie. Powiedziała przecież, że się spotkają…
Wysiadł z vana, nie miał zamiaru go zamykać. Drewniany budynek Ratusza potrzebował podmalowania. Jego stalowy dach wyróżniał się nędznie pośród rzędu półdrewnianych dachów domów. Nogi mu zdrętwiały, jakby z trudem mogły unieść masę jego ciała kiedy człapał w kierunku budynku.
„Czy to nie nasz Jerry!”. Gruby mężczyzna pobierający opłatę przy wejściu wyszczerzył się w uśmiechu, jego okrągła twarz lśniła od potu. „Co cię sprowadza na tańce?”.
Jerry z trudem powstrzymał się od wypaplania „ponieważ dzisiejszej nocy mam randkę z Isabel Johnson”. Uśmiechnął się słabo, zapłacił i wszedł do środka.
Duży prostokątny pokój był zatłoczony, światła paliły się tylko przy scenie, więc pary mogły tańczyć czy kręcić się anonimowo, przytulać się, jeśli chciały. Parkiet był zatłoczony i wyglądało też na to, że nie ma też miejsc siedzących. Pełna chata, wszyscy świetnie się bawili, sylwetki kołysały się i śmiały. Później pewnie będzie bijatyka, które zwykle miały miejsce przy takich okazjach.
Jerry stanął, a jego wzrok wędrował po ocienionym tłumie, próbując wypatrzyć Isabel. Wystraszył się, że mogła nią być ta jasnowłosa dziewczyna tańcząca z wysokim kolesiem, który przystanął by ją pocałować. Kiedy w rytm muzyki obrócili się poczuł ulgę – to nie była Isabel Johnson. Od dymu tytoniowego zabolały go oczy, ledwie widział. W lokalu znajdowało się przypuszczalnie trzysta osób, nie będzie łatwo odnaleźć Isabel.
Nie potrafił tańczyć, nie wiedział jak, to był jego kolejny problem. Przypuśćmy, że gdyby ją znalazł to pewnie chciałaby, by zaprowadził ją na parkiet. Na samą myśl wywróciło mu się w żołądku. Tylko porozmawiają, może potrzymają się za ręce na sam koniec. W ustach miał sucho, musiał się napić.
Przy barze stała kolejka, dołączył do niej. Alkoholowe napoje i piwo w plastikowych kubkach. Podłoga była śliska od rozlanych drinków. Jerry zamówił jasne piwo, trochę rozlał, gdy ktoś go potrącił. Sączył je w drodze na drugi kraniec parkietu, spoglądając na siedzących na krzesłach ludzi, mrużąc oczy przy próbach rozpoznania Isabel. Gdy dotarł do wejścia, jego kubek był już pusty, toteż cisnął go na kupę śmieci w rogu. Nie ma śladu Isabel, pewnie jeszcze nie przyszła. Postanowił pozostać przy drzwiach i spoglądać dokładnie na każdego, kto wchodził.
Przerwa. W mgnieniu oka zapłonęły światła, niszcząc niemalże romantyczną scenerię wykreowaną przez cienie. Obłok dymu uniósł się pod wpływem przeciągu tak, jakby usiłował ukryć Isabel przed jego poszukiwawczym spojrzeniem. Wyruszył na kolejną przechadzkę po tanecznym parkiecie sprawdzając wszystkich, póki było jasno. Po kolejnym okrążeni wiedział już bez cienia wątpliwości, że jej tutaj nie było.
Trzymając się nadziei, że Isabel jednak przyjdzie później, stanął znowu przy drzwiach. Światła zgasły i lokalna grupa country zaczęła grać kolejny numer. Kiedy godzinę później grubas zamknął drzwi wejściowe, Jerry wiedział już, że Isabel się nie pojawi. Gorzkie rozczarowanie, a w pewnym sensie i ulga, bo nie narobił sobie wstydu próbując tańczyć. Nie było sensu tkwić tutaj dłużej.
Wyszedł bocznymi drzwiami, przystanął, raz jeszcze szerokim spojrzeniem ogarniając parkiet i pocące się na nim ciała. Odwrócił się i powlókł do miejsca, gdzie zaparkował samochód. (…)
Copyright: Guy N. Smith 2010
Tłumaczenie: Bartłomiej Krawczyk
Redakcja i korekta: Edyta Muł-Pałka